George Orwell "Rok 1984" (1949 r.) - powieść science fiction.
Państwowy Instytut Wydawniczy, 1988 r., 218 s.
"Rok 1984" był mi dotychczas znany tylko ze słyszenia. Nie interesuję się polityką i dlatego nie będę udawała znawcę problemów poruszanych w książce.
Głównym bohaterem "Roku 1984" jest rozwodnik w średnim wieku, Winston Smith. Mężczyzna mieszka w Oceanii, totalitarnym państwie rządzonym przez tajemniczego Wielkiego Brata. Pracuje w Ministerstwie Prawdy, gdzie jego zadaniem jest niszczenie niebezpiecznych dokumentów i przepisywanie różnych tekstów na styl nowomowy. Życie Winstona jest ściśle uporządkowane. Rano ćwiczenia fizyczne, nudna praca, podłe jedzenie w stołówce. Rosnąca frustracja i przytłaczająca samotność popychają Winstona do prowadzenia pamiętnika, w którym postanawia zapisywać wszystkie swoje rozmyślania. Robi to oczywiście w wielkiej tajemnicy przed teleekranami, których zadaniem jest całodobowe szpiegowanie obywateli. Mężczyzna coraz odważniej stawia czoła Partii i Wielkiemu Bratu.
Nie będę ukrywała, że nie zrozumiałam wszystkiego, co zostało zawarte w tej książce. Codzienność obywateli Oceanii, nowomowa i Ministerstwa robiły na mnie ogromnie wrażenie. Fakt, iż książka powstała prawie w 40 lat przed opisanymi wydarzeniami spotęgował moje odczucia.
Jednak "Rok 1984" należy do tego grona lektur po które kiedyś na pewno jeszcze nie raz sięgnę. Ta książka na pewno ma wielkie przesłanie, czuję to. Jednak, jak już wcześniej wspomniałam, nie wszystko udało mi się zrozumieć. Jestem pewna, że potrzebuję do tego trochę czasu.
Ocena: 4/6
Cześć
Z przyczyn osobistych zawieszam bloga. Nie wiem kiedy wrócę. O ile kiedykolwiek do tego dojdzie. Na pewno nie zrezygnuję z podczytywania Waszych blogów.
Ten rok był naprawdę fantastyczny. Poznałam dzięki Wam masę różnych pisarzy, sięgnęłam po książki, które wcześniej nie wydawały mi się interesujące...
Ciężko mi było podjąć tę decyzję, ale nie zawsze robi się w życiu tylko to, na co ma się ochotę.
Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za te 12 miesięcy.
Penny Lane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
31 sierpnia 2011
10 lutego 2011
"20 000 mil podmorskiej żeglugi" J. Verne
Juliusz Verne "20 000 mil podmorskiej żeglugi" (1870) - science fiction.
Wydawnictwo Zielona Sowa, 319 stron.
Do tej książki robiłam dwa podejścia. Pierwsze z nich miało miejsce, gdy miałam 10 lat i byłam oczarowana dziełem "W 80 dni dookoła świata" (dla niezorientowanych: "20 000 mil..." i "W 80 dni..." są napisane przez tego samego pisarza). Zawiedziona i znudzona odłożyłam na półkę książkę, która przez kilka lat obrastała kurzem. Później znowu się za nią zabrałam i znowu odłożyłam na regał. Ostatnio postanowiłam zacisnąć zęby i przeczytać ją do ostatniego słowa. Dałam radę, chociaż bywało różnie...
Głównym bohaterem jest Piotr Aronnax, profesor Paryskiego Muzeum Historii Naturalnej, który w trakcie rozpoczęcia fabuły znajduje się w Nowym Jorkiem i razem ze swym sługą, Conseilem, czeka na statek, który zawiezie ich do Francji. Tuż przed odpłynięciem Profesor otrzymuje list, w którym jeden z kapitanów proponuje mu podróż na otwarte morze w celu odszukania i zabicia niezidentyfikowanego potwora, który szaleje po morzach i zatapia statki. Aronnax przyjmuje zaproszenie i wkracza ze swym sługą w przygodę, która na zawsze odmieni ich życie...
W tym miejscu muszę oddać hołd panu Verne, którego wyobraźnia i umysł powala. Często bywałam zszokowana, że książka ta została napisana w 1870 roku! Niektóre opisy tak bardzo pokrywały się z teraźniejszością, że miałam ochotę określić tego pana mianem "proroka". Bywały jednak też bardzo podkoloryzowane sytuacje i dane, jednak nie możemy zapomnieć, w którym roku powstała ta powieść!
Teraz muszę przejść do tego, co mi się w tej książce nie podobało. Akurat mam tylko jeden zarzut, jednak jest on dość ważny. Otóż ta książka byłaby naprawdę dobra, gdyby nie nudne, długie i szczegółowe opisy fauny i flory, które de facto zajmują w tej książce 80% objętości. Czytanie bywało czasem dość irytujące, bo opisy te nie wnosiły nic do powieści. Płynie sobie rybka a tu sru! - dwie strony poświęcone opisowi tego zwierzęcia, nareszcie dialog na kilka wersów, w oddali pojawia się rafa koralowa - sru! - trzy strony opisujące rozmiary, wygląd i zawartość tej rafy... I tak w kółko. Bywały momenty, że czułam się jakbym czytała podręcznik z geografii i czasami brakowało mi cierpliwości.
Zdaję sobie sprawę, że pewnie 100 i więcej lat temu ta książka była czytana z zapartym tchem i wypiekami na policzkach. U mnie nie wywołała aż takich emocji, aczkolwiek nie była aż taka zła.
Ocena: -4/6
Etykiety:
4/6,
Juliusz Verne,
literatura francuska,
powieść,
science fiction,
Zielona Sowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)
