Cześć

Z przyczyn osobistych zawieszam bloga. Nie wiem kiedy wrócę. O ile kiedykolwiek do tego dojdzie. Na pewno nie zrezygnuję z podczytywania Waszych blogów.
Ten rok był naprawdę fantastyczny. Poznałam dzięki Wam masę różnych pisarzy, sięgnęłam po książki, które wcześniej nie wydawały mi się interesujące...
Ciężko mi było podjąć tę decyzję, ale nie zawsze robi się w życiu tylko to, na co ma się ochotę.

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za te 12 miesięcy.
Penny Lane.

21 stycznia 2011

"Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa" C. S. Lewis

Clive Staples Lewis "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa" (1950) - literatura dziecięca/młodzieżowa, fantasy. 
Wydawnictwo Media Rodzina, 181 stron. 


Ekranizację tej powieści oglądałam kilka lat temu, jednak dopiero niedawno w mojej głowie zakiełkowała myśl, by sięgnąć po książkę. 


Głównymi bohaterami powieści jest czwórka rodzeństwa: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja. Podczas wojny zostają wysłani z Londynu na wieś, aby uniknąć nalotów bombowych. Mieszkają w ogromnym domu pewnego Profesora. Pewnego dnia Łucja odkrywa, że stara szafa prowadzi do dziwnej krainy, w której rządzi zła królowa i zawsze jest zima... 


Książkę czyta się bardzo szybko, dużo się i dzieje i nie można narzekać na nudę. Ciężko mi ją jednak ocenić, ponieważ jak już wcześniej pisałam, oglądałam film.  

Nie do końca spodobał mi się sposób pisania - zbyt prosty i trochę tak jakby infantylny, chociaż młodzi bohaterowie wydawali mi się trochę aż za bardzo dojrzali i poważni. Do gustu nie przypadł mi także sposób, w jaki narrator się wypowiadał. Z góry uprzedzał i oblewał kubłem zimnej wody czytelników poprzez m.in. takie zdania: "Tak zaczyna się ta opowieść". Po prostu traktował tą historię jako 100% fikcję i często o tym przypominał. Nie spodobało mi się to. Nie lubię gdy ktoś tak ingeruje w fabułę. 


Zdziwiło mnie też trochę, że dla bohaterów wszystkie dziwne rzeczy, które miały miejsce w Narnii (np. rozmawianie z bobrem) było dla nich oczywiste i naturalne i w ogóle się tym nie dziwiły. Ale może to jest właśnie ta cecha dzieciństwa, którą z wiekiem tracimy?... 

Ogólnie książka oceniam raczej na plus, chociaż kilka rzeczy mi nie przypadło do gustu. Jednak moja prawdziwa przygoda z Narnią zacznie się dopiero wtedy, gdy zacznę czytać drugi tom - po prostu wiedziałam, jak co się skończy i nie czułam żadnego zaskoczenia. Dlatego pewnie jestem taka czepialska w stosunku do niej. Gdybym nie oglądała filmu, moja opinia na pewno byłaby inna ;-) 

Ocena: 4/6

17 stycznia 2011

"Mąż" D. Koontz

Dean Koontz "Mąż" (2006) - powieść sensacyjna. 
Wydawnictwo Albatros, 381 stron. 



Głównym bohaterem książki jest młody ogrodnik, Mitch Rafferty. Pewnego dnia w trakcie pracy dzwoni do niego telefon. Zgłaszają się do niego porywacze, którzy żądają od niego 2 miliony dolarów za odzyskanie małżonki, którą uprowadzili z mieszkania. Jak młody i biedny ogrodnik zdobędzie 2 miliony dolarów w ciągu 60 godzin?... 

To moje drugie spotkanie z Deanem Koontzem. Poprzednia książka ("Fałszywa pamięć") była dość przeciętna, a momentami nawet irytująca. Tym razem jest troszkę lepiej. 

Przede wszystkim o wiele lepiej i szybciej mi się czytało. Powieść od pierwszych stron zaczyna interesować. Nie brak w niej było zaskakujących sytuacji. Ogólnie rzecz ujmując, były w niej chyba wszystkie cechy powieści sensacyjnej. Nadszedł jednak taki moment, w którym odechciało mi się czytać, a Koontza miałam za grafomana. Otóż w tej książce była identyczna scena, jak w "Fałszywej pamięci"! Ta sama pora, prawie to samo miejsce... Tylko inne postacie, które charakterologicznie wcale się nie różniły. Czyżby panu Koontzowi zabrakło pomysłu na fabułę i posługiwał się pewnym schematem? Wydaje mi się to bardzo możliwe. Po prostu poczułam się oszukana tym "numerem" i trochę zniesmaczona. Na pewno przez to nie uważam go za króla powieści sensacyjnych ani nikogo innego podobnego pokroju... 

Nie spodobało mi się również zakończenie, które było takie same jak w "Fałszywej pamięci". A jakie było konkretnie? Tego Wam nie zdradzę, przekonajcie się sami!


Znów mogło być lepiej. Szkoda, że nie było, bo gdyby Koontz pokierował losem bohaterów w inny sposób, mogłaby być z tego naprawdę fajna powieść sensacyjna.

Ocena: -4/6 


PS. A "Ostatnich drzwi przed niebem" (trzecia i ostatnia książka Koontza, którą wypożyczyłam) na razie na pewno nie przeczytam. Jestem trochę zmęczona jego pisaniem i chyba samobójstwem byłoby sięganie teraz po kolejną jego książkę. W każdym razie za jakiś czas postaram się ją przeczytać.

14 stycznia 2011

"Sprawa nerwowej żałobniczki" E. S. Gardner

Erle Stanley Gardner "Sprawa nerwowej żałobniczki" (1951) - powieść kryminalna. 
Wydawnictwo Dolnośląskie, 155 stron.
  
We wrześniu czytałam pierwszą książkę tego autora - "Sprawę niebezpiecznej wdówki". Powieść mnie kompletnie nie zachwyciła, a Perry Mason irytował swoją osobą. Podczas ostatniej wizyty w bibliotece sięgnęłam po "Sprawę nerwowej żałobniczki", ponieważ chciałam dać Gardnerowi drugą szansę. I nie żałuję... 


Główną bohaterką książki jest Belle Adrian, wdowa i nadopiekuńcza matka. Podczas bezsennej nocy rozmyśla o swojej córce, która przebywa w domu Arthura Cushinga, bogatego i znienawidzonego przez mieszkańców kawalera. Gdy nagle słyszy strzał i krzyk młodej kobiety dochodzący z rezydencji Cushinga, wybiega w zimową noc aby odnaleźć córkę. Gdy dociera na miejsce okazuje się, że córki tam nie ma, Cushing nie żyje a na podłodze leży lusterko, które należy do jej córki. Pani Adrian pewna, że to jej córka zamordowała bogatego kawalera, usuwa wszystkie ślady obecności Carlotty w mieszkaniu i zgłasza się do Perry'ego Masona, by oczyścił ją z zarzutów... 


Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą lekturą. Wciągająca fabuła i interesujące postacie były na tyle dobre, że ciężko było mi się oderwać od tej książki. A takiego rozwiązania się kompletnie nie spodziewałam! No i Mason nie był tak irytujący jak poprzednio.


Cieszę się, że dałam Gardnerowi drugą szansę, bo ta książka naprawdę mi się spodobała. Wiadomo, że nie jest to samo co twórczość Christie, ale warto to przeczytać. Na pewno sięgnę po inne jego książki.
 


Ocena: +4/6   

PS. Dałam tej książce czwórkę z mocnym plusem, bo mimo wszystko jakoś ocena pięć nie wydaje się odpowiednia.

12 stycznia 2011

"Fałszywa pamięć" D. Koontz

Dean Koontz "Fałszywa pamięć" (1999) - powieść sensacyjna, thriller. 
Wydawnictwo Świat Książki, 571 stron. 


Coraz częściej napotykałam się na nazwisko Koontza na różnych forach i blogach poświęconym książkom, więc postanowiłam sprawdzić, czy jest on tak dobry, jak o nim się pisze. 


Na pierwszy ogień poszła "Fałszywa pamięć". Na początku pierwszego rozdziału poznajemy główną bohaterkę, Martine Rhodes, która podczas spaceru ze swoim psem doznaje dziwnego uczucia niepokoju i strachu. W tym samym czasie jej mąż, Dusty, próbuje odciągnąć swojego brata od próby samobójczej, a koleżanka głównej bohaterki walczy ze swoją agorafobią. Z czasem te cztery osoby zaczynają łączyć dziwne zjawiska i przypadki. Jeden z bohaterów wpada w atak paniki i chowa przed sobą wszystkie ostre narzędzia, a inna postać doznaje dziwnego uczucia - gubi się w czasie... 


Na początku ciężko było mi przebrnąć przez rozdziały. Niby styl pisania bardzo przystępny a fabuła znośna, ale było w tym coś takiego, że niechętnie brałam do rąk tę książkę. Na szczęście zacisnęłam zęby i zabrałam się za czytanie. Z czasem akcja zaczęła zaskakiwać i nabierać tempa. Byłam zadowolona, że przełamałam się do tej książki, bo naprawdę zaczęła mi się ona podobać i czytanie jej było ogromną przyjemnością. Do czasu... Niestety w pewnym momencie "coś" się zepsuło. Nie jestem pewna, co to dokładnie było. Może Autor nie miał pomysłu na kontynuację? Może zniknęła mu motywacja? W każdym razie z całkiem dobrego thrillera zrobiła się powieść sensacyjna z wątkiem thrillera a nawet science fiction. Od tego momentu zaczęły razić mnie w oczy nieprawdopodobne przypadki i sposób, w jaki główni bohaterowie odgadywali zagadki. Ten drugi element kompletnie rozwalił mnie na łopatki i w pewnym momencie odechciało mi się czytać. Postacie musiały chyba być potomkami Holmesa, Poirota, Marple czy Columba, by wpaść na prawidłowe rozwiązanie zagadki. Bohaterowie nigdy się nie mylili i przypominali bardziej nieustraszonych herosów niż zwykłych zjadaczy chleba.  

Poza tym momentami "Fałszywa pamięć" przypominała mi tasiemiec, jakich pełno teraz w telewizji. Dokładanie nowych postaci i wątków, jakby chciało się przedłużyć żywotność książki i zainteresować czytelnika. Przeszkadzało mi też wodolejstwo - gdyby poucinać niepotrzebne opisy, książka mogłaby być krótsza o 150 stron.


Szkoda, że Koontz nie wykorzystał potencjału "Fałszywej pamięci" i zrobił to, co zrobił. Mogło być zdecydowanie lepiej, gdyby nie obdarzał bohaterów super mózgiem, któremu nie straszne żadne zagadki i przeciwności losu.    


Teraz poważnie się zastanawiam, czy czytać pozostałe książki Koontza, które wypożyczyłam z biblioteki ("Mąż" i "Ostatnie drzwi przed niebem"). Jestem trochę zmęczona jego pisaniem. Trudno oceniać autora po jednej książce. Jest to niesprawiedliwe i często krzywdzące, dlatego chyba postaram się przebrnąć przez jeszcze jedną jego książkę.


Ocena: +3/6 

5 stycznia 2011

Spełniam noworoczne postanowienia, czyli biblioteczny stosik

Rok 2011 zaczął się u mnie dość pracowicie i obiecująco. Wykonałam już w pewnym ułamku dwa punkty z moich noworocznych postanowień, czyli częstsze sięganie po klasykę i czytanie więcej książek (w tym miesiącu przeczytałam już dwie książki i uważam to za dobry wynik ;)). Nadszedł czas na spełnienie postanowienia numer 5, czyli odwiedzanie biblioteki. Nie udało mi się wypożyczyć wszystkich książek, na które miałam oko - niektóre zostały wypożyczone, niektórych nie ma w ogóle :-( 

Oto stosik!     



1. Erle Stanley Gardner "Sprawa nerwowej żałobniczki" Dam panu Gardnerowi jeszcze jedną i ostatnią szansę, by mnie przekonać. 
2. Clive Staples Lewis "Opowieści z Narni: Lew, czarownica i stara szafa" Film widziałam, książki nie czytałam. Czas nadrobić zaległości. 
3. Josten Gaarder "Dziewczyna z pomarańczami" To akurat propozycja bibliotekarki. Trochę się obawiam tej lektury, chociaż sama nie wiem dlaczego.
4. Dean Koontz "Mąż" 
5. Dean Koontz "Fałszywa pamięć" 
6. Dean Koontz "Ostatnie drzwi przed niebem" 
3x Koontz ;-) Tyle już czytałam/słyszałam zachwytów na temat jego twórczości,  że postanowiłam sprawdzić, czy są one sprawiedliwe. Zauważyłam również, że porównuje się go często ze Stephenem Kingiem, którego uwielbiam. Jeszcze dziś się przekonam, czy te zachwyty nie są zbyt przesadzone. 

W niektórych przypadkach zdałam się całkowicie na gust bibliotekarki. Mam nadzieję, że nie było to błędem ;-) 
Zastanawiam się tylko, czy "nie przejem" się za bardzo Koontzem... W każdym razie postaram się nie czytać jego książek jednym ciągiem. 

3 stycznia 2011

"Malowany welon" W. Somerset Maugham

William Somerset Maugham "Malowany welon" (1935) - powieść klasyczna. 
Wydawnictwo Świat Książki, 286 stron. 


"Lata 20. ubiegłego wieku. Piękna, próżna Kitty bierze ślub z bakteriologiem Walterem Fane'em. Małżonkowie wyjeżdżają do Chin. Kitty, rozczarowana swoim związkiem, wdaje się w romans z Charlesem Townsendem. Walter odkrywa zdradę i podejmuje dramatyczną decyzję - Kitty musi towarzyszyć mu na placówce w chińskiej prowincji, w której panuje epidemia cholery. W tym niezwykłym miejscu kobieta powoli i boleśnie uczy się prawdziwie kochać. Czy uda jej się odkupić winy i zaznać szczęścia?"  


Ekranizację tej powieści oglądałam w ubiegłym roku i zachwyciła mnie ona dogłębnie. Wspaniała obsada (główną rolę zagrał mój ulubiony aktor, Edward Norton, który spisał się wyśmienicie; również Naomi Watts mi się spodobała), genialna muzyka i cudowny scenariusz oraz reżyseria. Film mnie porwał i długo byłam nim zauroczona. Kilka tygodni później kupiłam książkę na podstawie której nakręcono film i dopiero przedwczoraj zaczęłam ją czytać. Ekranizacja tak mi zapadła w pamięć, że ta recenzja będzie w pewnym sensie porównaniem tych dwóch dzieł.     

Film koncentrował się przede wszystkim na stosunkach łączących Kitty z Walterem i Charlesem. W książce natomiast postać męża głównej bohaterki dość pominięto i w pamięci/sercu Kitty nie odgrywał on chyba tak dużej roli, jak przedstawiono to w ekranizacji. Skupiając się jeszcze na Walterze muszę wspomnieć, czytając lekturę przez cały czas miałam wrażenie, że bakteriolog okaże się nie do końca normalnym człowiek. Było coś niepokojącego w jego postaci. 


Następną rzecz o której napiszę jest postać Kitty. Właściwie to od niej powinnam zacząć, ponieważ jest ona główną bohaterką... I w filmie i w książce Kitty jest głupiutka, egocentryczna i trochę rozpieszczona.   Ta filmowa główna bohaterka była jednak zdecydowanie bardziej sympatyczna i ludzka. Książkowa Kitty wbrew pozorom okazała się naprawdę głupia i niczego się nie nauczyła.
 
Teraz skupię się na Charlesie, za którym nie przepadam. Ten książkowy pan Townsend był bardziej irytujący, próżny i egoistyczny niż ten filmowy. Uważam że wybranie Lieva Schreibera (na zdjęciu obok) na rolę Townsenda było dobrym posunięciem.  

Ogólnie wybór aktorów uważam za bardzo udany - zgadzali się oni pod względem charakteru i wyglądu.  


A film tak naprawdę dotyczy pewnego epizodu z życia Kitty i wiele wątków usunięto/zmieniono. Ekranizacja mnie zauroczyła. Jest przepiękna i wprost niesamowita! Oglądałam ją kilka razy i zawsze tak samo mnie zachwyca. Bywały momenty że ogromnie było mi żal Kitty i chciało mi się płakać. Był to jeden z nielicznych filmów, który zrobił na mnie aż takie wrażenie.


Natomiast książka wypada dość blado i żałośnie. Mimo że czasami nie można narzekać na brak akcji w porównaniu z filmem lektura ta jest dość mdła i mało interesująca. Postacie wydają się czasem w swym zachowaniu głupie i pozbawione logiki, a zakończenie wygląda tak, jakby Autor nie miał pomysłu na fajne skończenie powieści.


Mam pewną regułę - pierwsze książka, a potem ekranizacja. A jak wiadomo, od każdej reguły jest wyjątek. I w tym przypadku wyjątkiem jest właśnie "Malowany welon". Nie żałuję, że pierwsze oglądałam film. Gdybym pierw przeczytała książkę, pewnie byłabym zawiedziona i rozzłoszczona filmem. 

Ciężko mi trochę ocenić tę książkę. Za każdym razem podczas czytania jej w mojej głowie pojawiała się scena, którą widziałam w filmie i nie ułatwiało mi to wydania oceny. Myślę jednak, że moja nota będzie neutralna. 


Ocena: -4/6 


PS. Myślę że w pewnym ułamku udało mi się spełnić noworoczno-książkowe postanowienie numer 4, czyli "częściej sięgać po klasykę" ;)

1 stycznia 2011

"Harry Potter i Czara Ognia" J. K. Rowling


Joanne Kathleen Rowling "Harry Potter i Czara Ognia" (2000) - powieść dziecięca/młodzieżowa, fantasy.  
Wydawnictwo Media Rodzina, 766 stron. 


Serię o przygodach młodego czarodzieja zaczęłam czytać dopiero w ubiegłe wakacje. Dość późno się za to zabrałam, ale to nie szkodzi, bo "Harry Potter..." należy do tego grona lektur po które się sięga nie patrząc na własny wiek.  

Ekranizację niestety już kiedyś oglądałam, dlatego rzadko kiedy czułam zaskoczenie w trakcie czytania czwartej części przygód młodego czarodzieja. Jednak bywały momenty gdy tak się wczułam fabułę, że zaciskałam kciuki, by Harry'emu się powiodło.  

Tutaj pozwolę sobie na porównanie książki i filmu. Otóż niemało się zdziwiłam przy rozdziałach dotyczących Turnieju Trójmagicznego. Zadania w filmie przedstawiono niezwykle brutalnie i strasznie, a cały Turniej emanował niezwykłą mocą. W książce natomiast nie ma tej agresji ani krwi, której w ekranizacji nie brakuje. A uczestnicy podchodzą do turnieju raczej "na luzie". 

Im bardziej się zbliżam do końca serii tym bardziej zaczyna się robić strasznie. W trakcie czytania niektórych fragmentów poczułam na sobie gęsią skórkę i naprawdę się przeraziłam.  

Harry Potter w tej części ma 14 lat i w tym wieku chłopcy zazwyczaj zaczynają interesować się dziewczynami. Zdaję sobie z tego sprawę, jednak te wszystkie wątki dotyczące szkolnych miłostek i zauroczeń (których wcale nie było dużo) nie do końca mi się spodobały. Mam nadzieję, że w piątej części Rowling za bardzo z nimi nie zaszalała. Bo w tej części Autorka wyskoczyła z nimi trochę jak Filip z konopi.  


Chyba największą wadą książki była scena kulminacyjna - potwornie mi się wlokła i było więcej paplaniny niż czynów. Niby w poprzednich częściach było podobnie, jednak dopiero teraz zaczęło mi to troszkę przeszkadzać. 

Z bardziej "technicznej strony" to nie spodobało mi się to tłumaczenie. Tzn. sam przekład nie jest zły, ale za dużo było w nich słów z języka potocznego, np. rozwalił. Absolutnie nie jestem profesorkiem Miodkiem i nie mam wygórowanych wymagań (i sama nie zawsze piszę poprawnie, ale się staram), ale trochę mnie to razi w książkach. 

Odniosłam też takie wrażenie, że czwarta część jest trochę rozwlekana. Nie mam nic przeciwko grubym książkom, ale wydaje mi się, że można by ją skrócić o jakieś 100 stron i nic by na tym nie straciła.
 
Może ocena wyda się komuś po tej recenzji niesprawiedliwa, ale dla mnie jest ona w pełni zasłużona. Czwarta część spodobała mi się, jednak nie powaliła mnie na kolana tak jak poprzedni tom, ale mimo wszystko ją lubię.


Ocena: -5/6


Wyniki z grudniowej ankiety


Wyniki z ostatniej ankiety są następujące: 

 

Książką, która otrzymała najwięcej głosów i co za tym idzie - została książką listopada - jest "Blondynka w dżungli" Beaty Pawlikowskiej

Odwiedzających zapraszam do wzięcia udziału w nowej ankiecie. 


31 grudnia 2010

Podsumowanie roku 2010

W związku ze zbliżającym się Nowym Rokiem czas na krótkie podsumowanie. Będzie ono naprawdę krótkie, ponieważ będzie dotyczyć tylko tych książek, które przeczytałam od założenia bloga (czyli od sierpnia).  

  • Liczba przeczytanych książek - 36 (wszystkich 65).    


    • Liczba książek przeczytanych na miesiąc (średnio) - 5.

    • Najwięcej książek przeczytałam w sierpniu i wrześniu (po 8). 

    • Najmniej książek przeczytałam w grudniu (6).  

    • Najwięcej przeczytałam powieści kryminalnych (bo aż 13).   

    • Największe odkrycie to twórczość Fannie Flagg.   
    • Ilość kupionych książek: 23. 
    • Ilość wypożyczonych z biblioteki książek: 14


    • Najlepsze książki (ocena 6) to "Boże Narodzenie w Lost River" F. Flagg, "Harry Potter i więzień Azkabanu" J. K. Rowling i "Cierpkość wiśni" I. Sowy. Która z tych trzech najbardziej mi się spodobała? Ciężko stwierdzić, bo każda z nich ma swój niepowtarzalny urok i w każdej z nich coś innego mi się spodobało. "Boże Narodzenie w Lost River" pokochałam za ciepły klimat pełen przyjaźni, wspaniałych bohaterów i cudowny humor.  "Harry Potter i więzień Azkabanu" uwielbiam za Syriusza Blacka, wciągającą fabułę i za niesamowite postacie. No i magię! "Cierpkość wiśni" wielbię za niepowtarzalne poczucie humoru, zabawny styl pisania i niezwykłą historię. 
    • Najgorsze książki (ocena 1) to "Dom na Klifie" Moniki Szwai i "Cyfrowa Twierdza" Dana Browna. "Dom na klifie" znięchęcił mnie do siebie nudną, przewidywalną fabułą, irytującymi postaciami i denerwującym sposobem pisania (by nie rzec: grafomańskim).  "Cyfrowej Twierdzy" nie polubiłam przez nudną tematykę, przerysowane postacie, schematyczność (pod wieloma względami czułam się jakbym czytała "Kod Leonarda da Vinci" i moment w którym głucha osoba usłyszała upadek innej osoby ;-) 

    • Do jakich krajów zajrzałam w tym roku? Najwięcej razy odwiedziła USA, bo aż 12 razy. Po literaturę polską sięgnęłam 11 razy, angielską 8 razy, belgijską 2 razy a brazylijską i irlandzką tylko raz. Cóż, nie ma tu niestety różnorodności. 




    Postanowienia noworoczno-książkowe: 

    1) Więcej literatury faktu i popularnonaukowej!  
    2) Częściej sięgam po pisarzy innych niż amerykańscy, polscy i angielscy. 
    3) Postaram się czytać o minimum dwie książki więcej w ciągu miesiąca.
    4) Częściej sięgać po klasykę.  
    5) Częściej odwiedzać bibliotekę (czytaj: zdać się na szalony gust pani bibliotekarki ;P) 
    6) Zaoszczędzić trochę i w końcu zrobić większe zamówienie w jakiejś księgarni. 
      
                                                        *     *     * 


     
    A Wam życzę aby ten nadchodzący rok był lepszy niż ten odchodzący. Życzę Wam także, aby wszystkie Wasze plany czytelnicze się powiodły. No i aby zabawa Sylwestrowa była naprawdę udana!
      

    28 grudnia 2010

    Pan Stosik (a raczej Stos)

    W końcu aparat przestał na tyle strajkować, że mogłam zrobić zdjęcie stosikowi. 
    W skład niniejszego zbioru wchodzą prezenty jakie otrzymałam oraz moje pamiątki z wycieczki do Empiku ;-) 

    1. Lee Goldberg "Detektyw Monk i brudny glina" 
    2. Lee Goldberg "Detektyw Monk jedzie do Niemiec" 
    3. Lee Goldberg "Detektyw Monk w Opałach"  
    Uwielbiam zarówno serial "Detektyw Monk" jak i jego bohaterów (mam coś wspólnego z Adrianem ;)). Nad kupnem książek z jego przygodami zastanawiałam się od dłuższego czasu. Nie jestem pewna, czy kupno trzech naraz to był dobry pomysł - może się okazać, że te powieści nie dorastają serialowi do pięt (odpukać!). Ale póki miałam okazję i fundusze to postanowiłam zaszaleć.
    4. Joanna Chmielewska "Zbieg okoliczności" 
    5. Joanna Chmielewska "Krokodyl z Kraju Karoliny" 
    6. Joanna Chmielewska "Kocie worki" 
    7. Joanna Chmielewska "Całe zdanie nieboszczyka" 
    8. Joanna Chmielewska "Klin"  
    Zdaje sobie sprawę, że nie mam się czym chwalić. W porównaniu ze zbiorami Izabeli te moje kilka książek wypada żałośnie blado. Ale jednak... Nie planowałam zakupu wszystkich części i nie żałuję. Chmielewska pisze bardzo różnie - niektóre powieści są genialne, a inne moim zdaniem nie powinny ujrzeć światła dziennego. "Całe zdanie nieboszczyka" czytałam kilka lat temu, jednak tak mi się ta książka spodobała, że nawet się nie zawahałam nad jej kupnem.
    9. Grzegorz Brzozowicz "Cejrowski. Biografia"  
    Uff... Czytać, nie czytać... Oto jest pytanie! Biografie toleruję zazwyczaj tylko wtedy, gdy są wydane po śmierci osoby opisywanej. Poza tym wolę bardziej autobiografie. 
    10. Fannie Flagg "Boże Narodzenie w Lost River"  
     Nawet nie zastanawiałam się nad kupnem. W ogóle chcę mieć u siebie wszystkie książki Flagg. Na pewno często bym do nich wracała. A "Boże Narodzenie..." już przeczytałam
    11. Jarosław Kret "Moje Indie" 
    Za Kretem niezbyt przepadam. Ale ciekawi mnie, jak się sprawdził w roli pisarza. 
    12. Hugh Laurie "Sprzedawca broni"  
    Nareszcie mogę wykreślić tę książkę z mojej listy! :P Ogromnie się cieszę, że w końcu znalazła się na mojej półce. Nie mogę się doczekać, aż zacznę ją czytać.
    13. Szymon Hołownia "Monopol na zbawienie"  
    Nie czytałam jeszcze żadnej książki Hołowni. Jestem ciekawa, jaka jest ta lektura.
    14. Joanne Kathleen Rowling "Harry Potter i Czara Ognia"  
    Właśnie to czytam :)
    15. Joanne Kathleen Rowling "Harry Potter i Zakon Feniksa" 
    Szkoda, że w twardej okładce. Ale i tak się cieszę, że mam już V część serii.
      

    A poza tym to zachęcam wszystkich do odwiedzin nowego portalu internetowego o książkach - klik. A szczególnie do działu "CzytAnka", który prowadzi moja dobra internetowa koleżanka :)


    Teraz pytanie do Was. Przeczytalibyście biografię Cejrowskiego?


    26 grudnia 2010

    F. Flagg "Boże Narodzenie w Lost River"

    Fannie Flagg "Boże Narodzenie w Lost River" (2004) - powieść współczesna zagraniczna. Literatura amerykańska. 
    Wydawnictwo Literackie, 231 stron. 

    Z okładki: 

    "Jak myślicie: Co robi samotny, rozwiedziony mężczyzna, dysponujący bardzo skromnymi oszczędnościami i mający przed sobą zaledwie kilka miesięcy życia? 

    A. poddaje się smutkowi i przygnębieniu? 
    B. kupuje skrzynkę piwa jako jedyną osłodę tej ponurej sytuacji? 
    C. wyjeżdża do Lost River, małego miasteczka w Alabamie, poznaje jego nieco zwariowanych i sympatycznych mieszkańców, próbuje pomóc małej niepełnosprawnej Patsy oraz zaprzyjaźnia się z małym ptaszkiem o imieniu Jack i... czeka na cud? 

    Oswald, bohater książki Fannie Flagg, wybrał rozwiązanie C. (I zdradzę Wam sekret: To właśnie była najlepsza odpowiedź!!!). "  




    Książka ta jest moim drugim spotkaniem z Fannie Flagg. Kilka miesięcy temu przeczytałam "Smażone zielone pomidory" i zachwyciłam się do głębi tą pisarką. Przede wszystkim uwielbiam małe miasteczka (ale te książkowe bądź filmowe) i ich niepowtarzalny klimat. Flagg opisała go niezwykle interesująco i książka wciąga od pierwszych zdań. Ba! Nawet po skończeniu książki nadal czuję aurę tego miasteczka. Poza tym jej książka jest pełna ciepła, miłości i ludzkiej bezinteresowności, a moim zdaniem dzisiaj tego bardzo brakuje. Po prostu kocham to!  

    "Boże Narodzenie w Lost River" mnie nie zawiodło. Pokochałam mieszkańców tego miasteczka (choć raczej powinnam ją nazwać osadą, w końcu mieszkało tam 70 osób) od pierwszych rozdziałów. Czuję się tak, jakbym naprawdę ich znała. Pokochałam również ten niepowtarzalny klimat, pełen miłości, ciepła, zaufania i przyjaźni. Oddałabym chyba wszystko, by zamieszkać w takim miejscu i mieć za sąsiadów takich ludzi, z którymi można w spokoju dzielić swe sekrety, popłakać czy śmiać się do upadłego. Gdzie ludzie bez dziwnych spojrzeń akceptują wszelakie dziwactwa mieszkańców i nikt nie czuje się gorszy.  

    Książka opowiada o tym, że nigdy nie wolno tracić nadziei i przekreślać wszystkiego za jednym zamachem. Że zawsze może być lepiej i można zacząć życie od początku i nie ważne, czy ma się lat 20 czy 50. Na zmiany nigdy nie jest za późno. Czasem pozornie beznadziejne sytuacje mogą się odmienić i sprawić, że dzięki nim nasze życie będzie lepsze. Główny bohater właśnie dzięki temu odnalazł swe miejsce na ziemi i wszystko to, czego nieświadomie pragnął. 
         
    Jedyną rzeczą która mi się nie spodobała było zakończenie: za bardzo przesłodzone i zapisane w telegraficznym skrócie. Ale wybaczam to! 

    Dzięki książkom Fannie Flagg robi mi się ciepło na sercu, na me usta wkrada się szczery uśmiech a w oczach czasem pojawiają się łzy. Jej książki to taki wielki zastrzyk optymizmu i wiary w lepsze jutro.     

    Polecam Jej książki każdemu kto uważa, że życie jest beznadziejne, nic nie ma sensu i nigdy nie będzie lepiej. 


    Ocena: 6/6   

    A sobie i czytelnikom życzę, by odnaleźli kiedyś swoje własne Lost River. 

    P.S. Powinnam paść przed bibliotekarką, która poleciła mi "Smażone zielone pomidory" i dziękować jej. Bo gdyby nie ona, to pewnie dużo później odkryłabym niezwykłą twórczość Fannie Flagg.  
     
    P.S.2 Katarzyna przypomniała mi o tym, czego nie napisałam. Książka wbrew tytułowi nie jest stricte świąteczna - owszem, jest w niej o Bożym Narodzeniu i to święto ma pewne kluczowe znaczenie, jednak nie oczekujmy po niej opisów mrozów, śnieżyc (to Alabama!) i śpiewania kolęd ;-) Tego akurat w tej książce jak na lekarstwo.

    24 grudnia 2010

    Świątecznie


     
    Kochani! 


    Z okazji świąt Bożego Narodzenia pragnę Wam życzyć rodzinnego ciepła, uśmiechu na twarzy i radości w sercu. A ze spraw bardziej "przyziemnych" to życzę Wam znalezienia pod choinką wymarzonej książki dla siebie :)  

    Penny Lane

    A. Christie "Morderstwo w Boże Narodzenie"

    Agatha Christie "Morderstwo w Boże Narodzenie" (ale znana też jest pod tytułem "Boże Narodzenie Herkulesa Poirot") (1939) - powieść kryminalna. 
    Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 151 stron. 

    Z okładki: 

    "We wspaniałej rezydencji Gorston Hall zbiera się przed Bożym Narodzeniem cała rodzina bogatego Simeona Lee, złośliwego starca, tyranizującego otoczenie. W Wigilię Simeon Lee zostaje zamordowany - ktoś poderżnął mu gardło. Szef miejscowej policji prosi o pomoc w śledztwie bawiącego w okolicy Herkulesa Poirot. 

    Goście i domownicy Gorston Hall zachowują się podejrzanie. Poirot ma wątpliwości, czy wszyscy są naprawdę tymi, za których się podają. A motyw? Czy była to zemsta za wyrządzoną przed laty krzywdę? Czy zwyczajna chęć zysku? Strach? Nienawiść? Szare komórki małego Belga tym razem muszą się porządnie napracować." 


    Agatha Christie w dedykacji poświęca tę książkę swemu szwagrowi, Jamesowi. Pisze w niej: 
     "[...] Narzekałeś, że moje morderstwa stają się zbyt wyrafinowane, by nie rzec anemiczne. Pragnąłeś "solidnej, krwawej zbrodni". Takiej, co do której nie mogłoby być wątpliwości, że jest morderstwem! 
    To właśnie jest książka napisana specjalnie dla Ciebie. Mam nadzieję, że Ci się spodoba.[...]"   
    Gdyby Christie żyła, napisałabym do niej list i błagała, by powróciła do swoich "anemicznych" książek... 

    Kilka rzeczy w tej książce mi się nie podobało. Oto one... 
    Zakończenie było bardzo zaskakujące, ale sama powieść niezbyt mi się podobała. Przede wszystkim - w ogóle nie było w niej atmosfery świątecznej. Zazwyczaj książki Christie pełne są od opisów podwieczorków, śniadań czy wspólnych dyskusji między podejrzanymi. Nadaje to pewnego smaczku i szalenie miło czyta mi się taką książkę. Tego mi najbardziej zabrakło. 
    Drugą rzeczą, jaka w tej książce mi podpadła to pominięcie postaci Herkulesa Poirota. Zawsze interesowały mnie jego powiedzonka ("małe szare komórki" itd.) i celne uwagi. W "Morderstwo w Boże Narodzenie" Herkulesa Poirota prawie w ogóle nie ma! To znaczy niby jest, ale w ogóle nie odczułam jego obecności. Pod tym względem dość się zawiodłam. 
    Kolejnym elementem który wzbudził moje wątpliwości było wyjaśnienie morderstwa. Było ono naprawdę zaskakujące, ale wyjątkowo naciągane i nie jestem do niego przekonana. Nawet pewien element zakończenia odgadłam już w połowie książki, ale nie było to zbyt trudne.  

    Oczekiwałam czegoś lepszego - świątecznej atmosfery i Herkulesa Poirot. Trochę się zawiodłam. Ale to przecież Christie! ;-)  

    Ocena: -4/6 

    20 grudnia 2010

    S. King "Cztery pory roku: Metoda oddychania"

    Stephen King "Cztery pory roku" (1982) - zbiór nowel; thriller, horror. 
    Wydawnictwo Albatros, 61 stron (nowela).  




    Z okładki: 

    "Emlyn McCarron opowiada historię niezwykłego porodu, jaki przed laty odebrał w Wigilię Bożego Narodzenia. Porodu, który zaczął się śmiercią pacjentki w wyjątkowo drastycznych okolicznościach... "  




    "Metoda oddychania" jest czwartą i zarazem ostatnią minipowieścią z książki "Cztery pory roku". Czeka mnie jeszcze jednak Opowieść na Wiosnę, czyli "Skazani Na Shawshank". 

    Tak naprawdę "Metoda oddychania" to opowieść w opowieści. David Adley zostaje zaproszony przez swego pracodawcę do pewnego tajemniczego "klubu", w którym panuje dziwna atmosfera. Można w nim wypić szklankę brandy, poczytać jakąś książkę z niezliczonego zbioru lektur czy podyskutować z innymi "członkami". Wszystko jest w nim tajemnicze. Ale pod koniec każdego spotkania jeden z "bywalców" opowiadała wybraną przez siebie historię. W dzień poprzedzający Święto Dziękczynienia swoją opowieść zaczyna Emlyn McCarron, emerytowany lekarz... 

    Mimo że niestety wiedziałam, jakie mniej-więcej będzie zakończenie, czytanie tej noweli było dla mnie dużą przyjemnością. Pochłonęłam ją chyba w dwie godziny.  

    Zauważyłam, że "Metodzie oddychania" czytelnicy dają bardzo niską notę. Dla mnie osobiście to chyba najlepsza część z "Czterech pór roku". Momentami przerażająca i czasami ciarki przebiegały mi po plecach. Chociaż zdarzały się momenty, które miały wywołać w czytelniku grozę, a ja się śmiałam wniebogłosy. 
      

    Jestem pozytywnie zaskoczona. Po komentarzach dotyczących tej noweli oczekiwałam jakiegoś gniotu. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne.

    Ocena: -5/6

    12 grudnia 2010

    H. Coben "Ostatni szczegół"


    Harlan Coben "Ostatni szczegół" (1999) - powieść sensacyjno-kryminalna  
    Wydawnictwo Albatros, 389 stron. 

    Z okładki: 

    "Nie mógł przewidzieć, że zakocha się w dziewczynie, którą miał chronić. Ani zapobiec jej zabójstwu. Dręczony wyrzutami sumienia, ucieka na karaibską wyspę. Tam odnajduje go przyjaciel Win. Wspólniczka Bolitara, Esperanza Diaz, została aresztowana pod zarzutem zamordowania słynnego bejsbolisty, Clu Haida. Kobieta nie chce składać wyjaśnień, milczy jak zaklęta. Myron nie wierzy w winę przyjaciółki – pomimo iż wskazują na nią liczne poszlaki: krew oraz broń znalezione w biurze i samochodzie, kłótnia z Clu krótko przed jego śmiercią. 

    Czy śmiertelny wypadek, jaki Haid spowodował przed dwunastoma laty, ma związek z jego zabójstwem? Dlaczego ktoś celowo wpędzał go w depresję, fałszując wyniki kontroli antydopingowej? Co ma z tym wszystkim wspólnego Esperanza?"  



      
    "Ostatni szczegół" jest moim drugim spotkaniem z twórczością Cobena i z Myronem Bolitarem, głównym bohaterem. Wcześniej czytałam "Obiecaj mi". Ale na porównanie musicie trochę poczekać.  

    Zacznę od tego, że serdecznie nie cierpię głównego bohatera, czyli Myrona Bolitara. Wbrew pozorom jest to ciapa i ciepła klucha. Gdyby nie jego znajomi już dawno ktoś by zabił. Co chwilę ktoś go ratuje z opresji (albo szczęśliwy przypadek albo znajomy).   

    Czego jest najwięcej w książkach Cobena? Mordobicia. Leją się równo i prawie w każdym rozdziale. Oczywiście z każdego starcia Myron wychodzi bez szwanku (no bo co to jest, rozbita głowa czy poharatany brzuch? phi! nasz bohater sobie ze wszystkim poradzi!). Dzięki komu? Dzięki szczęśliwemu przypadkowi lub/i dzięki Winowi. Pod tym względem Myron przypomina mi takiego chłopaczka, co wygraża pięścią na prawo i lewo a jak przychodzi co do czego to chowa się za maminą spódnicę albo straszy starszym bratem. 

    Za to uwielbiam Windsora Horne'a Lockwooda Trzeciego, czyli Wina. Może i świr. Może i przeraża. Ale jest to tak zabawna i sympatyczna postać, że Myron przy niej to jakiś robaczek, co drepcze sobie środkiem jezdni. Win ma mnóstwo zabawnych tekstów i wiele razy wybuchałam śmiechem przy jego kwestiach.  

    Nie podobają mi się też tak bardzo przerysowane postacie, ich charaktery i sposób bycia. Jest to tak jaskrawe, że aż oczy bolą. 

    Co do samej książki... Bardzo się zawiodłam. Zero akcji. Zero napięcia. Tak naprawdę nic się w tej książce nie dzieje. Rozwiązywanie zagadek wcale nie zrobiło na mnie wrażenia. Pewnie za kilka dni o niej zapomnę. 

    Ze względu na postać Myrona postanowiłam, że przeczytam tylko książkę "Bez śladu" i więcej już nie sięgam po lektury z Bolitarem w roli głównej.  

    Ale "Obiecaj mi" mogę polecić z czystym sumieniem.


    Ocena: -4/6 
    Ale to tylko dzięki Winowi!

    6 grudnia 2010

    K. Grochola "A nie mówiłam!"




    Autor: Katarzyna Grochola
    Tytuł: A nie mówiłam!
    Kategoria: literatura piękna
    Gatunek: literatura współczesna polska
    Forma: powieść
    Rok pierwszego wydania: 2006
    Wydawnictwo: W.A.B
    Stron: 365 
    Ocena: +4/6 




    Z okładki: 


    "Czego potrzeba do szczęścia kobiecie oprócz czarnych spodni, czarnego swetra i mężczyzny? 

    Spokoju, ale żeby nie było nudno, 
    rad, ale żeby się nikt nie wtrącał, 
    wina, ale żeby nie było kaca, 
    czułości, ale żeby bez przesady, 
    pracy, ale żeby codziennie? 
    podróży, ale żeby nie samolotem, 
    dobrych sąsiadów, ale żeby bez chomika, 
    dziecka, ale żeby bez kłopotów, 
    no i konsekwencji, ale żeby bez konsekwencji... 

    Jednym słowem, jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o miłość. 
    Judyta też jest tego zdania. Całkiem jak ja. 

    Katarzyna Grochola 

    [Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2006]"